MegaBaza edukacyjna Perspektywy®


Kanon lektur szkolnych nigdy nie cieszył się uznaniem młodzieży. Nie znam osoby, która przyznałaby się, że przeczytała wszystko od deski do deski. Powąchała, liznęła, uszczknęła stronę czy dwie, zapoznała się ze streszczeniem albo wysłuchała kilku minut audiobooka – to mogło się zdarzyć. Ale przecież nie więcej.

Lektur raczej się nie czyta. A jeśli już, to po kryjomu, ze wstydem i w nadziei, że nie zostaniemy na tym przyłapani przez rówieśników. Opór wobec przymusu mają uczniowie we krwi. Nawet najwięksi książkożercy, którzy czytają wszystko jak leci, pilnują się, aby przez przypadek nie połknąć lektury. Własne wybory czytelnicze unoszą bowiem duszę człowieka na wysokość Himalajów, inspirują i pobudzają wyobraźnię. Natomiast czytanie pod przymusem i na rozkaz może zaowocować tylko intelektualną biegunką. Dlatego z takim oporem idzie poznawanie lektur w szkole.

Matura bez kanonu

Opowieści starszych roczników upewniają, że maturę z języka polskiego można zdać, mimo że nie poznało się kanonu nakazanego przez szkołę. Nie przeczę, takie przypadki się zdarzają. Da się napisać wypracowanie maturalne o lekturach bez znajomości lektur, podobnie jak da się zrobić jajecznicę na boczku bez grama boczku i absolutnie bez jajek. Cała sztuka polega na tym, aby egzaminatorzy mieli wrażenie, iż wszystko to tam jest.

Oczywiście, najłatwiej byłoby położyć na patelni boczek i jajka, ale czasem pójście na łatwiznę bywa najtrudniejsze. Podobnie jest z przygotowaniem się do matury. Najprościej byłoby przeczytać wszystkie lektury, zarówno zaległe, jak i bieżące, a potem na ich podstawie napisać egzamin, ale pokażcie mi osiemnasto- bądź dziewiętnastolatka, który wybierze prostą drogę. Prawie każdy będzie kombinować, myśląc, co by tu przygotować zamiast obowiązkowego kanonu. A zatem czy istnieją dzieła, które mogą skutecznie zastąpić literaturę szkolną?

Dobre, bo polskie

W czasach, kiedy do szkoły chodzili dziadkowie dzisiejszych maturzystów, lektury były traktowane jak dobro moralne, niczym innym więc nie można było ich zastąpić. Poloniści czuli się obrońcami narodowego skarbca, na nic nieszkolnego nawet nie chcieli spojrzeć. Gdyby wtedy ktoś zdecydował się na maturze opisać jedno z dzieł literatury iberoamerykańskiej, np. Grę w klasy Julio Cortazara lub Powszechną historię nikczemności Jorge Luisa Borgesa (bardzo niegdyś popularne), zamiast III cz. Dziadów Adama Mickiewicza czy Kordiana Julilusza Słowackiego, uznany zostałby za zdrajcę. Norwida można było zastąpić Nałkowską i vice versa, ale nie Isabel Allende czy Pablo Nerudą.

Taki uczeń kompletnie by się też skompromitował w oczach nauczycieli, bowiem znajomość polskich autorów była obowiązkowa i nie podlegała żadnej dyskusji. Choćby maturzysta znał twórczość wszystkich pisarzy obydwu Ameryk, a na dokładkę całą poezję Australii i Nowej Zelandii, nic mu to nie dawało. Liczył się bowiem tylko Kochanowski, Sienkiewicz i Prus, Wyspiański, Żeromski i Staff, a także Orzeszkowa, Konopnicka, Baczyński oraz Rej. Tak, Mikołaja Reja się wtedy czytało, a nawet uczyło na pamięć: Niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają. Egzamin dojrzałości zdawało się na podstawie literatury stworzonej w ojczystym języku, inne książki były niewiele warte.

Okno na świat szkoła zaczęła otwierać, gdy edukację pobierali rodzice dzisiejszych uczniów. Nie było to jednak pełne otwarcie, lecz tylko nieznaczne. Zresztą skończyło się, zanim się porządnie zaczęło. Zamiast bowiem przynosić na lekcje książki, które młodzież i tak czyta, dorzucono do kanonu pisarzy zakazanych w PRL, a komunistycznych usunięto. Zbiór lektur był nowy, ale stosunek do niego podobnie niechętny. Trudno się dziwić, skoro cała kultura przebierała się w zachodnie ciuchy – przynajmniej takie panowało wrażenie – nadchodziła era Harry'ego Pottera i internetu, a tylko szkoła pozostawała tradycyjnie sarmacka. Na lekcjach nadal królowali Kochanowski, Mickiewicz wraz z Sienkiewiczem, mimo że w domach coraz mniej było schabowego, gołąbków w kapuście czy pierogów z grzybami. W szkole wciąż dobre było to, co polskie.

Własne książki

Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Maturzysta ma prawo przemilczeć cały dorobek polskiego piśmiennictwa, pominąć wszystkich wieszczów, a swoją wypowiedź oprzeć nieomal wyłącznie na szwedzkich kryminałach, duńskich horrorach, islandzkich nowelach non-fiction czy norweskich powieściach grozy. Nikomu nic do tego, co absolwent omawia w swojej pracy. Jeśli zechce, może nawet pochwalić się znajomością Zamachowca Lizy Marklund czy Czarnego świtu Cilli i Rolfa Börjlindów, a egzaminator będzie te przykłady traktował na równi z Panem Tadeuszem, Lalką czy Chłopami. Owszem, zdarza się, iż w temacie pracy maturalnej jest wskazówka, aby – jak to było w maju 2016 r. – odwołać się do Mickiewiczowskich Dziadów cz. IV, ale przecież tylko do podanego w arkuszu fragmentu.

Wystarczy więc w pięciu zdaniach opisać, o co chodzi we wspomnianym urywku dramatu, a dalej prezentować swoje ulubione dzieła, np. W ogrodzie bestii Erika Larsona lub Grom z jasnego nieba tego samego pisarza, a egzaminator musi to zaakceptować. Dawniej za coś takiego maturzysta zyskałby piętno nieuka i zdrajcy narodowej spuścizny, a dzisiaj otrzyma wachlarz punktów za erudycję i oczytanie. Mógłby przecież nie powołać się na żadną literaturę, a tylko na film, komiks, muzykę czy gry komputerowe – i też by zdał. Dzisiaj ceni się każdy rodzaj oczytania, nawet w takiej literaturze, o której nikt inny poza kilkoma osobami nie słyszał. W razie wątpliwości, czy dzieła te w ogóle powstały, egzaminator sprawdza w internecie. A jeśli coś trafiło do sieci, może też trafić na egzamin maturalny.

Gatunki spoza kanonu

Żadnego powodu do obaw nie powinni mieć maturzyści, którzy po literackiej ziemi chodzą własnymi ścieżkami. Nie musi to być polska ziemia ani nawet francuska, włoska czy niemiecka, może być to terra incognita dla przeciętnego zjadacza chleba, a mówiąc innym językiem, przykład ucznia może być absolutnie „od czapy”. Nawet jeśli jest to powieść wizualna (visual novel) albo dźwiękowa (sound novel), to też ujdzie. W razie czego egzaminator będzie musiał się podszkolić, aby dać radę zrozumieć, co zdający miał na myśli, gdy zestawiał losy Izabeli Łęckiej z przygodami dziewczyny-robota Yumemi Hoshino, bohaterki postapokaliptycznej powieści wizualnej pt. Planetarian, czyli de facto gry komputerowej.

Tak też być może. Wystarczy jeśli uczniowie przed egzaminem uporządkują swoje hobby – literackie bądź komputerowe, zastanawiając się, do czego mogłyby pasować ewentualne przykłady z poznanych wcześniej dzieł. Tak jak się powtarza lektury szkolne przed maturą, przypominając sobie nazwiska autorów, imiona bohaterów, ogólną treść i główne wątki, tak samo należy postąpić z książkami czy grami pochłanianymi dla przyjemności. Bez solidnej powtórki lepiej na egzamin się nie wybierać.

Byłoby fatalnie, gdyby maturzysta w przykładach, które podaje z własnej nieprzymuszonej woli, popełnił szereg błędów, np. pomylił Asę Larsson z Erikiem Larssonem – autorów szwedzkich kryminałów należących do dwóch różnych pokoleń. To tak, jakby ktoś pomieszał Stanisława Witkiewicza z Ignacym – jego synem. Maturę można wprawdzie zdać na podstawie dowolnych tekstów kultury, drukowanych bądź wirtualnych, ale tylko pod warunkiem, że zostaną wskazane bezbłędnie. Zresztą najczęstszą reakcją osób wychodzących z egzaminu jest strach przed skutkami błędów, jakie niechcący wpadły do pracy. Lepiej więc poświęcić trochę czasu przed maturą na odnowienie i utrwalenie niezbędnych faktów, niż gryźć później palce do kości, zastanawiając się, czy egzaminator zauważy nasze błędy i jakie będą tego konsekwencje.

Szacunek dla egzaminatora

Na miejscu maturzysty nie liczyłbym na to, że im bardziej odległy od lektur szkolnych przykład podajemy, tym większa szansa na bezkarność. Nigdy nie należy zakładać, że nauczyciel kompletnie nie zna się na tym, o czym mówimy, dlatego można mu wcisnąć wszelkie brednie. Szczególnie człowieka, który nas ocenia, lepiej nie brać za idiotę, nawet jeśli swoim zachowaniem sprawia takie wrażenie. Niejeden osobnik udaje w miejscu pracy głupiego, bo tak jest mu wygodniej. Bywa, że nauczyciele zachowują się tak, jakby poza lekturami niczego innego w życiu nie przeczytali, ale to może być tylko poza ułatwiająca przetrwanie w trudnym środowisku szkolnym.

Nieraz się okazywało, że wyglądający na kretyna belfer, dla którego Mickiewicz i Słowacki to pewnie szczyt intelektualnego wyzwania, w znajomości gier komputerowych bije na głowę uczniów całej szkoły, tylko nikt o tym nie ma pojęcia. Kiedy więc na egzaminie uczeń plącze się w prezentowaniu fabuły tej czy owej gry, myląc się przy tym strasznie i nie racząc nawet poprawić oczywistych błędów, niespodziewanie pomyłki te punktuje egzaminator i stosownie do liczby błędów merytorycznych ustala ocenę. Nikt by się po nauczycielu nie spodziewał takiej wiedzy, a tu proszę – zaskoczenie. Dlatego lepiej traktować każdego egzaminatora jak specjalistę w dziedzinie, którą omawia zdający, nawet jeśli tak w rzeczywistości nie jest. Poza tym szacunek do samego siebie powinien skłaniać nas do tego, aby o swoich zainteresowaniach nie opowiadać bzdur, a jedynie rzeczy pewne i wartościowe.

Ostatnia taka matura

Minister edukacji Anna Zalewska zapowiedziała koniec matury, którą można zdać bez znajomości kanonu. Zapewne skończy się pisanie wypracowań na podstawie fragmentów – trzeba będzie znać całe lektury. Wrócimy więc do tradycyjnego kształcenia na podstawie pełnego dorobku polskiej kultury. Nie będzie zatem zdawania egzaminu z języka polskiego przy pomocy historyjek o japońskich pokemonach czy bohaterach szwedzkich kryminałów. Na polskim ma być o polskiej literaturze – do tego w wyborze narzuconym przez MEN, a nie dokonywanym przez uczniów. Zmiany wejdą najwcześniej za dwa lata.

Zapowiada się więc, że w maju 2017 roku maturzyści po raz ostatni będą pisać i mówić o tym, o czym chcą, a nie o tym, o czym można i należy.

Dariusz Chętkowski

© 2019 Perspektywy.pl    O nas | Patronaty | Polityka Prywatności | Znak jakości | Reklama | Kontakt