Dobry start dla młodych ludzi

Rozmowa z Włodzimierzem Paszyńskim, zastępcą prezydenta m.st. Warszawy

– Jest początek lat 90. XX wieku, ówczesny warszawski kurator oświaty Włodzimierz Paszyński podejmuje współpracę z mało znanym wydawnictwem Perspektywy Press, w rezultacie w 1992 roku powstaje pierwszy ranking liceów warszawskich. Jakie racje przemawiały za taką decyzją?

– Bardzo proste. Na początku lat 90., tuż po przełomie, stanęliśmy w kuratorium przed dosyć istotnym problemem. Przypominam, bo dzisiaj mało kto to pamięta, że żyliśmy wtedy w epoce przedinternetowej, to znaczy Internet w ogóle był, ale jeszcze nie w powszechnym użytkowaniu. W związku z tym mieliśmy zupełnie innego typu niż dziś kłopoty natury informacyjnej. Do szkół ponadpodstawowych wkraczał wyż demograficzny i chcieliśmy pokazać tym jeszcze trochę dzieciakom, wśród jakich mogą wybierać. Żyliśmy wówczas w zgodnym przekonaniu, że edukacja jest niesłychanie istotną wartością i związku z tym, wybory, jakich dokonują młodzi ludzie kończący szkołę podstawową są rzeczą dla ich rozwoju, dla ich dalszego życia, szalenie istotne. Mało tego, przypominam, że był to czas głębokiego kryzysu szkolnictwa zawodowego, żyjącego ciągle jeszcze w epoce głębokiego PRL-u, wielkich, upadających wówczas widowiskowo, zakładów pracy ze swoimi przyzakładowymi placówkami. Mieliśmy poczucie, że praca nad ich przemianą, przekształcaniem się zgodnym z potrzebami zupełnie innego, powstającego dopiero, rynku pracy, to kwestia lat. Jednego byliśmy pewni: że przyzwoite wykształcenie na pewno młodemu człowiekowi nie zaszkodzi...

– I że może je dać liceum ogólnokształcące…

– Wydawało nam się, że ta droga jest właściwa, tym bardziej, że przez 90. rokiem wykształcenie średnie, podobnie zresztą jak wyższe, nie było tak powszechne jak dzisiaj, a jednocześnie już pojawiały sie sygnały świadczące o tym, że za chwilę baza szkół wyższych zacznie się powiększać, bo zaczną powstawać uczelnie niepaństwowe. W związku z tym potrzebowaliśmy dobrych informatorów. Wydawaliśmy co prawda już wtedy własne, ale były one wyjątkowo siermiężne… Kiedy więc pojawiły się na horyzoncie Perspektywy, potraktowaliśmy to jako szansę. Z tego co pamiętam układ był bardzo prosty. Kuratorium jako urząd pomagało w dotarciu i zbieraniu informacji o szkołach stołecznego województwa, Perspektywy ubierały to w przyzwoitą, nowoczesną formę edytorską. W zamian za tę współpracę otrzymywaliśmy określoną pulę informatorów, dostawała je każda szkoła i chyba wychowawcy ostatnich klas. To była taka wymiana barterowa.

– W 1992 roku z informatora zrodził się ranking. Co pan wówczas o nim myślał?

– Zgodziłam się na to, choć od początku byłem sceptyczny co do rangi rankingu. Uważałem, i uważam nadal, bo od ćwierćwiecza zdania nie zmieniłem, że ranking pokazuje pewne, niebudzące (lub prawie niebudzące) wątpliwości zalety bądź wady, wyboru tej, a nie innej szkoły. Natomiast od zawsze jestem zdecydowanym przeciwnikiem uznawania go za jedyny miernik jej pracy. Kiedy komentowałem wyniki kolejnych rankingów, to z jednej strony podkreślałem, jak ważna jest informacja o tym z jakich szkół młodzi ludzie dostają się najczęściej na określone kierunki studiów (przypominam, że obowiązywały wtedy trudne egzaminy wstępne!), co wskazywało na ich ogólny, wysoki lub nie, poziom kształcenia, swoistą specjalizację. Ale z drugiej strony zawsze dodawałem, że w moim odczuciu równie istotna jest oferta wychowawcza szkoły, jej atmosfera, pomysły na szkolne życie, czego ranking już nie pokazuje. Dlatego także dziś przestrzegam przed fetyszyzowaniem jego wyników; to tylko jedna z miar, jaką można przyłożyć, zastanawiając się nad tym, czy szkoła jest dobra czy nie.

– Czy wyniki rankingu są istotne z punktu widzenia władz samorządowych?

– Dzisiaj ranking tworzy modę na pewne szkoły. Tak było zawsze, tyle, że w latach 70, 80. ubiegłego wieku wybór w szkolnictwie średnim był dość ograniczony, obowiązywała rejonizacja. Obecnie sytuacja jest inna, od lat 90. szkoły ponadgimnazjalne nie mają już rejonów, rozwinęła się sieć liceów. Tak na marginesie – jeśli dziś mówimy o kłopotach niektórych liceów, wynikających z tego, że jest w nich bardzo mało młodzieży, to w większości są to te szkoły, które w nerwach, że nie starczy nam miejsc dla chętnych, zakładaliśmy dla wyżu demograficznego lat 90. I rzeczywiście, tworzyliśmy miejsca licealne wszędzie, gdzie się dało, gdzie były stosowne ku temu warunki, np. w szkołach zawodowych, do których nabór – z przyczyn, o których mówiliśmy na początku tej rozmowy – był kiepski. Niektóre z tych szkół dziś świetnie sobie radzą! Niestety, nie wszystkie…

– Czyli ten walor informacyjny wciąż jest ważny?

– Dzisiaj miejsce w rankingu nadal jest istotną informacją, tak samo ważną, a może nawet ważniejszą, niż przed laty, choćby dlatego, że szkół jest więcej. Staramy się doceniać wszystkie sukcesy warszawskich szkół, także tych z najwyższych miejsc rankingowych, czego wyrazem są choćby nagrody Pani Prezydent. Zatem przyjaźnie tę klasyfikację zaakceptowaliśmy, cieszymy się że jest, korzystamy z informacji w niej zawartych, choćby o wynikach matury (dziś porównywalnych). Wyniki podrankingu olimpijskiego są już mniej porównywalne, ponieważ działa taka reguła, że do najlepszych i wyspecjalizowanych w przygotowaniu olimpijczyków w różnych dziedzinach nauki szkół, zazwyczaj trafiają najlepsi absolwenci gimnazjów, uczniowie, którzy są potencjalnymi laureatami i finalistami najróżniejszych konkursów. Ale dzięki niemu można się też dowiedzieć, że w szkole, której dotąd nie było na tzw. najwyższej półce, pojawiają się olimpijczycy z jakiegoś przedmiotu czy grupy przedmiotów, co zwykle oznacza, że pracuje tam znakomity nauczyciel – pasjonat, który zmienia oblicze placówki.

Przy okazji warto wspomnieć, że warszawskie Biuro Edukacji wydaje od kilku lat informator o szkołach zawodowych, bo ten typ szkolnictwa szczególnie promujemy i staramy się rozwijać poprzez wprowadzanie nowych, atrakcyjnych kierunków kształcenia i modernizację infrastruktury służącej lepszemu przygotowaniu zawodowemu. Czynimy to z najgłębszym przekonaniem – warszawski (i nie tylko) rynek pracy oraz najlepsze uczelnie techniczne czekają na absolwentów tych właśnie szkół. Informator podpowiada jakie możliwości mają ich absolwenci, które placówki podpisały porozumienia z pracodawcami, wyższymi uczelniami – dzięki czemu nauka w nich jest po prostu ciekawa, a zajęcia i praktyki odbywają się w warunkach naprawdę godnych XXI wieku.

– Czy pamięta pan, która szkoła wygrała w pierwszym rankingu?

– Nie pamiętam, ale mógłbym obstawić… Myślę, że mógłby to być Witkacy, albo Staszic, albo Batory...

– To był Poniatowski, oczywiście później wszystkie te licea również zajmowały pierwsze miejsca nie tylko w rankingu warszawskim, ale także ogólnopolskim, co, jak sądzę, jest m.in. efektem polityki edukacyjnej Warszawy.

– Z perspektywy prawie dziesięciu lat, bo od tylu pracuję we władzach miasta, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że warszawska edukacja jest po prostu dobra. Ambicją pani prezydent i całego zespołu jest to, by warszawskie szkoły umożliwiały młodym ludziom dobry start. Wszystko, co robimy, ma temu służyć. Przede wszystkim są to działania natury organizacyjnej. Dodajmy: bardzo kosztowne – mnóstwo pieniędzy „wkładanych” w warszawską oświatę. Mówiąc konkretnie: do każdej złotówki subwencji, którą dostajemy z budżetu państwa, dodajemy złotówkę z budżetu miasta! Oczywiście, podkreślę jeszcze raz, to świadomy wybór. Przecież można by je spożytkować inaczej, także z pożytkiem dla mieszkańców...

Te pieniądze w dużej mierze pochłaniają inwestycje; od 2007 roku wydaliśmy ponad 2 miliardy zł na nowe szkoły, przedszkola, żłobki. lub ich gruntowne remonty i modernizacje. Pokazuje to najlepiej skalę troski o warunki nauki i opieki. W tym są ogromne pieniądze, które wydaliśmy na przystosowanie szkół do przyjęcia sześciolatków, zajęcia dodatkowe dla uczniów (w skali tygodnia to prawie 15 tysięcy godzin), wyższe niż w reszcie kraju zarobki nauczycieli etc. Ale nie sposób nie wspomnieć również o niemałych wydatkach na ciągłe poszerzanie oferty edukacyjnej. Stawiamy na wszechstronny rozwój dziecka, dlatego szczycimy się m.in. takimi projektami, jak Szkoła z pomysłem, Wars i Sawa, nasi uczniowie uczą się programowania, gry w szachy. Inwestujemy w kadrę – dużym sukcesem jest powołanie własnej placówki doskonalenia nauczycieli – Warszawskiego Centrum Innowacji Edukacyjno-Społecznych i Szkoleń. To istotna i, co ważne, bezpłatna pomoc dla nauczycieli. Dwukrotnie, w stosunku do stanu sprzed dziesięciu lat, zwiększyliśmy liczbę miejsc w żłobkach, robimy wszystko, żeby za kolejne trzy lata było ich około 9-10 tys. Do publicznych przedszkoli przyjęliśmy w tym roku wszystkie aplikujące do nich czterolatki, pięciolatki, oczywiście sześciolatki i prawie 90 proc. trzylatków. Dostępność różnych form opieki nad najmłodszymi dziećmi, połączona z programami prozdrowotnym, poradnictwem to najlepsza pomoc jakiej możemy udzielić rodzicom, zwłaszcza tym, którzy chcą jak najszybciej powrócić na rynek pracy. A jednocześnie wyrównywanie szans edukacyjnych naszych pociech i gwarancja ich dobrego rozwoju. Cieszy fakt, że nasze działania są życzliwie przyjmowane przez mieszkańców. Niepodważalnym tego dowodem jest ich wysoka ocena wyrażana wynikami badań barometru warszawskiego.

– Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała

Lidia Jastrzębska