Nota listopadowa
Nota listopadowaFelieton o maturalnej rzeczywistości: świątecznej i codziennej. O pytaniach bez odpowiedzi i o odpowiedziach, które nigdy nie zadowolą pytającego.



- Święta idą -
stwierdziła moja rodzicielka w ostatnich dniach października i rozpoczęła pierwsze porządki. Pierwsze porządki okazały się być tylko rozgrzewką; po nich nastąpiły porządki drugie i porządki trzecie. Wreszcie mieliśmy zaszczyt wziąć udział w Ostatecznych Porządkach, które okazały się nie być wcale ostatnimi. Jak co roku, ale trochę inaczej, bo i rok już inny.

Święta idą, a wraz ze świętami przyjeżdża Rodzina, czyli grupa ludzi nienawidząca się tak samo jak kochająca. Ten nieogarnięty myślą potomnych wynalazek, jakim jest właśnie Rodzina, zaskakuje, walczy sam ze sobą i wstrząsa innymi w imię jednej, jedynej idei: Mówta co chceta, ale nasze najpiękniejsze, najmądrzejsze, najlepsze, a kto w to wątpi, tego na pal.

Święta przyszły. Rodzina skupiona nad grobem kogoś, kogo udało się odnaleźć pomimo przeciwności losu w postaci sklerozy.

- To już matura, tak?
- Cicho. Modlę się.
- Co zdajesz?
- Cicho. Modlę się.
- Matmę?
- Też.
- Spójrz, ładna dziewczyna tam stoi. O tam.
- No, ładna.
- Cicho. Na cmentarzu jesteś. Módl się.

Wersja alternatywna:

- Zapytałabym, co zdajesz na maturze – pewnie matmę. Powiedziałabym ci też, że tam stoi ładna dziewczyna, tak, o tam, ale tego nie zrobię. Tu jest cmentarz i trzeba zachować przede wszystkim ciszę – tak jak ciotka. Ucz się, a jeszcze na ludzi wyjdziesz i przestaną cię karmić na odległość. Teraz módl się i ani słowa więcej.
- Dobrze, ciociu.
- Cicho.

W domu zbiera się Rodzina. Przedstawiciele wszystkich żyjących pokoleń (nieżyjącym, siłą rzeczy, trudniej jest stawić się na spotkanie) siadają przy jednym stole. Piękne. Piękne to może by i było, ale nie w tej bajce, nie z tym pantofelkiem. Po części oficjalnej (Co słychać? – Dzieci chore – Idź do lekarza albo aspiryna, tylko aspiryna – Chyba pójdę. Jaki ty jesteś już duży. Do ojca podobny. Tak, wykapany ojciec, tylko oczy po matce. – A oprócz tego co tam u was? – Stara bida. Dobrze, że nowej nie ma, hehehehe. Et cetera, et cetera) następuje analiza Historii Wszechświata. Jest to stały punkt programu każdych świąt i trudny do obalenia niczym nasza przyjaźń z sowietami. Owa Historia dotyczy, rzecz jasna, Rodziny – kto miał zaszczyt lub nieszczęście być Jej członkiem, co teraz robi i dlaczego nic; gdzie się podział ten Franek, tamta Jadźka, kto ma kontakt do nich, niech da pozostałym. Wiadomo, Historia Wszechświata jest tylko jedna. Nie znaczy to jednak, że nie może mieć kilku Interpretatorów. Zwykle są to przedstawiciele starszego pokolenia, bo przecież pamiętają lepiej, więcej i dokładniej niż młodsi. Każdego roku w Rodzinie dochodzi do wojny pomiędzy Interpretatorami. Okazuje się bowiem, że Franek to Józek, Jadźka to Janusz, a matka tej Lutki spod Kielc to wcale matką nie jest, tylko się podaje. Wtedy w ruch idą salaterki, sztućce, ktoś nawet, chcąc być solidnie przygotowanym do dysputy,  sięga po album z fotografiami dziejów Historii Wszechświata (od kilku lat przywożą te albumy ze sobą, cwaniaki). Tworzą się stronnictwa, samotnicy giną niczym kaczki na polowaniu, niczym mrówki pod kołami pociągu InterCity. Młodsze pokolenia patrzą z niedowierzaniem na tę batalię, starcie tytanów, apokalipsę Rodziny. Komu sprzyjać? Kto wygra i obejmie tron Słusznej Prawdy do najbliższych świąt? Wątpliwości Antygony to przy tym pikuś. Tak naprawdę młodzi niewiele rozumieją z bitwy. Nie znają nazwisk, dat ani miejsc. Jedyne, co tłucze się po ich młodych czaszkach, to ramówka publicznej – świąteczna, więc z powtórkami, więc z powtórkami. Teraz jednak dzieciaki rozdziawiły paszcze i patrzą jak wujek Rysiek wertuje album, ciocia Helena dzwoni do źródła, by się upewnić; gdzieś zza stosu metryk chrztu i aktów zgonu słychać okrzyk tryumfu. To babka Leokadia. Obroniła pozycję lidera.

- Zapal świeczkę.
- Znicza.
- No, zapal. O, patrz, to ta dziewczyna, co ją wczoraj widzieliśmy.
- Ta.
- Wygląda zupełnie tak jak ja wcale nie tak dawno temu.
- Widziałem na zdjęciach. Rzeczywiście.
- Kpij sobie, kpij. Kiedyś ciotka podrywała całe tłumy facetów.
- To też wiem. Wujek mówił, że było ich dwóch.
- Skandal, żeby się tak z ciotki naśmiewać! Skandal! I to jeszcze na cmentarzu!

Tylko Ci, których te święta dotyczą, milczą jak zawsze, a tu aż się prosi chociaż orędzie wygłosić.

Pietras


Artykuł pochodzi z serwisu www.psichi.pl.
PsiChi