Student Globalny Drukuj Poleć znajomemu
Student GlobalnyJest ich już ponad 2 miliony. Wyjeżdżają studiować do innego kraju - na całe studia, na kilka semestrów, na zebranie materiałów do doktoratu, na chwilę. W różnej formule - na stypendium, w wymianie międzyuczelnianej, na własną rękę. Studenci globalni są wszędzie. Najwięcej w Europie i Stanach Zjednoczonych. Są z Azji - prawie co drugi, są z Europy - co trzeci, są z Ameryki Północnej, Południowej, Afryki, Oceanii.

Wszyscy stanowią wartość

 Student GlobalnyRóżnorodność jest podstawową dynamicznego i twórczego społeczeństwa. Dlatego studenci globalni są niezbędnym kontekstem każdych studiów, na każdej uczelni. Bez nich dusimy się we własnym sosie. Ich obecność na zajęciach wzbogaca je merytorycznie, ich udział w dyskusji poszerza jej horyzonty. Ich podejście do problemów pogłębia poszukiwania i czyni je naprawdę fascynującymi. Uczymy się obchodzić z tym, co nas od siebie różni. Szukamy wspólnego. Wymieniamy się

Możliwość bycia z nimi, konfrontowania poglądów, a być może wejścia w prawdziwe relacje przyjaźni, czy miłości sprawiają, że we własnym domu czujemy się międzynarodowo. Uczenie nazywa się to internationalisation at home.

Ze swoimi szczególnymi kompetencjami, ze swoimi szerokimi horyzontami i obyciem interkulturalnym mogą budować sieć międzynarodowej współpracy. Przyczyniać się do porozumienia ponad granicami. Scalać. I tak dzieje się np. z milionem dotychczasowych wychowanków europejskiego Socratesa-Erasmusa, największego programu tego typu na świecie. O to przecież w tym wszystkim chodzi - aby nowe pokolenie, pokolenie Erasmusa, stało się awangardą nowej, europejskiej tożsamości.

Tak też przecież Niemcy i Francuzi przezwyciężyli wzajemne animozje po drugiej wojnie światowej - intensywną wymianą studencką. W tym kontekście warto przypomnieć lansowane przez ONZ The Millennium Development Goals i koncepcję globalnej współpracy edukacyjnej jako najważniejszego środka do zwalczania światowej biedy i budowania efektywnej strategii w radzeniu sobie z konfliktami na tle kulturowym, religijnym, etnicznym.

Talenty i elity

Ci najzdolniejsi tworzą falę migracji uzdolnionych - ten creme de la creme, śmietankę umysłów, "mądrych głów", o które toczy się największa bitwa współczesnego świata. To oni budują potencjał kraju, w którym zdecydują się podjąć ostatecznie pracę, a już w czasie studiów dają bezcenne impulsy jego nauce, tworząc prestiż uczelni, a potem dokonują przełomów, które zmieniają nasze wyobrażenie o świecie.

Tych właśnie pragmatyczne rządy, albo niezależne fundacje wyszukują pieczołowicie, w coraz młodszym wieku, aby przejąć w zarodku rodzące się talenty na użytek swojego kraju, czy koncepcji światopoglądowej. Tworzą dla nich programy stypendialne, granty, kuszące oferty naukowe. Ryzykowna inwestycja biorąc pod uwagę młody wiek narybku? Wręcz przeciwnie. To niepodejmowanie tego ryzyka jest głupotą, na którą żadne nowoczesne państwo nie może sobie pozwolić!

Czasem zaś chodzi po prostu o uzupełnianie braków kadrowych w danej dziedzinie - np. w budownictwie maszyn, albo medycynie, jeżeli zabraknie zainteresowania nimi miejscowych studentów.

Brain drain, drenaż mózgów, co byśmy sobie o tym zjawisku nie myśleli, jest jednym z mechanizmów napędzających współczesny świat. A brain gain, polityka zatrzymywania zdolnych we własnym kraju, to druga, mniej kontrowersyjna strona medalu.

Czasem też, nie tyle wielkodusznie, co bardzo dalekowzrocznie, inwestuje się też w przyszłe elity polityczne, gospodarcze, akademickie, artystyczne krajów rozwijających się, krajów "progu", walczących dopiero o demokrację. Ci studenci wrócą do swego kraju i zrobią tam dużo dobrego. Przykładem mogą być niemieckie stypendia fundacji politycznych dla transformującej się Europy Środkowo-Wschodniej w latach 90-tych, czy nasze polskie stypendia dla studentów z Białorusi. Sieci elit na całym świecie, które znają i lubią nasz kraj, nie da się przecenić z politycznego i gospodarczego punktu widzenia.

Eksport edukacji

Studenci globalni są też dobrem ekonomicznym. Jakże kuszącym. Nie tylko mogą płacić za naukę, ale i za całe swoje utrzymanie w goszczącym kraju. Edukacja stanowi około 3 procent globalnego eksportu usług i już w 1998 r. szacowano przychody z tego sektora na 30 miliardów dolarów amerykańskich. Lwi udział w tych zyskach, mniej więcej jedną trzecią, mają Stany Zjednoczone. Dla Australii eksport edukacji stał się w ostatnich latach pierwszym narodowym przemysłem. Tak samo wielka Brytania stara się konsekwentnie od 8 lat maksymalizować zyski z exportu płatnych usług edukacyjnych. Swój znaczący udział w tych zyskach, choć mniejszy, mają też Holandia, Irlandia i Nowa Zelandia, czy Szwajcaria.

Budują też potencjał kompetencji swojego kraju. Gdzieś tam w świecie zdobywają know-how i lojalnie przywożą go na rodzimy użytek. Są kraje, które zaskoczone nagłym popytem na edukację wyższą, nie są w stanie same go zaspokoić i wysyłają młodych ludzi za granicę, aby zdobyli tam świetne wykształcenie, zbudowali szkielet unikalnych kompetencji i wrócili do kraju wspierać jego potencjał. Tak robią Chiny, Indie, Malezja (to najbardziej mobilni studenci na świecie, tu w świat po wiedzę rusza prawie dwóch na trzech studentów), Tajlandia, Indonezja, Singapur... A ostatnio proces taki rozpoczął się na większa skalę również w Afryce - między innymi w Nigerii i Kenii.

 Student GlobalnyW centrum uwagi

To wszystko powoduje, że studenci globalni są ważkim obiektem polityki państwa. Mówią o nich obowiązkowo w swoich expose głowy państw, premierzy, kanclerze, prezydenci. Oczywiście, większość państw stara się skorzystać ze wszystkich apanaży wynikających z jednej strony z wysyłania swoich studentów za granicę, z drugiej zapraszania świata do siebie. Rozkład akcentów jest jednak w różnych krajach bardzo różny.

Te anglojęzyczne z jednej strony nastawiają się głównie na walkę o "mądre głowy", z drugiej - na bardzo poważnie traktowany, komercyjny zysk z "usług edukacyjnych". Innym bardziej chodzi o budowanie pomostów - tak jest w przypadku Japonii, Hiszpanii, czy Meksyku. Jeszcze innym, jak Niemcom, którzy w większości landów nie pobierają opłat za studia w swoim kraju także od studentów spoza UE, chodzi o podniesienie konkurencyjności własnego nauczania i badań naukowych poprzez ich maksymalne zinternacjonalizowanie, a w dalszej perspektywie - również walkę o "mądre głowy".

Jak podaje opracowanie OECD Internatinalisation and Trade in Higher Education, w co najmniej 40 procentach państw europejskich umiędzynarodawianie edukacji prowadzone jest w dużej części z powodów ekonomicznych, uwzględniających międzynarodową konkurencję w zakresie exportu programów i usług.

Wspominaliśmy też już o krajach azjatyckich, które głównie myślą o nadążeniu z rozbudowywaniem zasobów ludzkich w dobie dynamicznego rozwoju gospodarczego, dlatego inwestuje się tam w edukację duże środki państwowe.

Czy nie czas, aby Polska również wypracowała spójną i konsekwentną politykę wobec studentów globalnych?

Fenomen naszych czasów

Studenci globalni to prawdziwy fenomen naszych czasów. Czasów, w których koszty transportu i komunikacji gwałtownie się obniżają, w których dynamicznie rozwija się "ekonomia wiedzy", a rynek pracy internacjonalizuje się i woła zachłannie o wysokokwalifikowanych, międzynarodowych profesjonalistów. Czasów, w których państwa wydają mnóstwo na promocję siebie jako miejsc studiów zagranicznych i badań naukowych, a politycy są bardzo świadomi i wyczuleni na sens i potrzeby umiędzynarodawiania edukacji. I wreszcie czasów, w których młodzi ludzie z odwagą i otwartością wyruszają po wiedzę na drugi koniec świata. A jest to zazwyczaj dopiero początek ich podróży.

Ponad wszelkimi różnicami, podziałami i klasyfikacjami studenci globalni stanowią pewną nową grupę, pewien nowy potencjał. Swoistą tajną broń globalizującego się, ale też targanego coraz dramatyczniejszymi konfliktami świata. Fenomen ten z pewnością dojrzał do tego, abyśmy przyjrzeli się mu w szerszym kontekście.

BIANKA SIWIŃSKA