Wybierz zawód

The file ///wyszukiwarka/wybierz_zawod_left.php cannot be included!
It does not exist or is not readable.
Nie kocham aktorstwa Drukuj Poleć znajomemu

Nie kocham aktorstwaRozmowa z Wojciechem Zielińskim – aktorem znanym m.in. z filmu Chrzest, czy z popularnego serialu Londyńczycy, a ostatnio - laureatem nagrody publiczności im. Zbyszka Cybulskiego.

Jak aktorstwo narodziło się w Tobie? Najpierw była geodezja, potem informatyka...

U mnie historia jest odmienna niż u kolegów aktorów, którzy predyspozycje do aktorstwa wyssali z mlekiem matki. W szkole aktorskiej wielu mówiło, że od zawsze chcieli grać. Moja przygoda zaczęła się w Technikum Geodezyjnym, gdzie polonistka wysłała mnie do łódzkiego domu kultury. Tam była Teresa Radzikowska, która ukierunkowała mnie w tę stronę. Na początku głównie dj-owałem, byłem takim pionem technicznym, jeździłem też na konkursy recytatorskie i wygrywałem. Pani Teresa powiedziała mi wtedy, że jestem zwierzęciem teatralnym i mógłbym spróbować zdawać do szkoły aktorskiej. A do Technikum Geodezyjnego trafiłem, ponieważ uczniowie z czerwonymi paskami mieli tam wstęp wolny.

To byłeś wzorowy?

Byłem (śmiech). Chodziłem do takiej szkoły na peryferiach Łodzi, gdzie była bardzo domowa, kameralna atmosfera. Nie było numerowanych klas, ponieważ każda była tylko jedna. To mnie ukonstytuowało w pewnym sensie, dało odwagę. Nie bałem się ludzi.

Bardziej fascynował Cię teatr czy film?

Na początku nie doceniałem teatru, tej energii, która w nim jest. Film jest zdecydowanie bardziej nośnym medium, ale teatr jest bardziej wymagający. Unosi się nad nim pewna mistyka. Poczułem to już w szkole, kiedy uczyliśmy się budowania postaci, wchodzenia w rolę, bycia na scenie. Cały proces grania jest fascynujący, pod warunkiem, że nie działasz po presją czasu, odwalanki, frustratów w zawodzie itd. Teatr to nie jest materia jednego człowieka, to praca zespołowa.

Co jest w tym zawodzie najfajniejsze?

To że możesz być każdym. W głowie każdego z nas jest inny świat, a ty dostajesz dostęp do tego świata. Z aktorstwem w ogóle jest ciekawie, bo komuś może się podobać twój styl gry, a ktoś powie, że jest pretensjonalny. Czasami czuje, że ktoś mnie strasznie oszukuje i po prostu nie łykam tego.

A jak jest z Marcinem Wroną, który nakręcił Chrzest z Tobą i Moją Krew z Erykiem Lubosem w rolach głównych. Czy ma tak świetną rękę do prowadzenia aktorów, czy wy jesteście tak utalentowani, skoro otrzymaliście nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego?

Ma świetną rękę i specyficzną wrażliwość, co nie umniejsza mojego talentu i Eryka (śmiech). Marcin ma cechy faceta, który umie złapać plan za łeb, ogarnąć przestrzeń i ekipę. Kiedy ktoś nawala to Wrona daje opiernicz. Ma charyzmę i osobowość. Jest też świetnie przygotowany.

Grałeś i u kobiet reżyserek i u mężczyzn reżyserów. Czym różni się styl ich pracy?

Kobiety-reżyserki bardziej czują prawdę i fałsz, wyczuwają te drgania emocjonalne w materii ekipy. Mężczyźni bardziej operują konkretem. A tak naprawdę odrzucając płeć, to nie oszukujmy się – dużo zależy od osobowości, indywidualności reżysera.

Jak jest z wchodzeniem w mocno emocjonalne role, jak ta w Chrzcie? Czy dla profesjonalnego aktora to wejście jest na pstryk czy te emocje, gdzieś się odkładają, magazynują?

Ja mam trochę na pstryk, nawet przy emocjonalnych scenach, ale to nie jest tak do końca. Sprawdziłem to na sobie. To się jednak gdzieś tam odkłada. Nie musi to być dokładnie ta sama emocja, ale role tego typu wpływają na osobowość. Możemy stać się bardziej nerwowi, albo przeciwnie, bardziej wyciszeni czy wycofani. Możemy też tak być wyprani emocjonalnie po roli, że pewne sprawy przestają nas obchodzić, obojętniejemy.

Kochasz aktorstwo?

Tak szczerze. Nie kocham. I niech nie zabrzmi, to pretensjonalnie. Jestem w teatrze czy na planie i dzień mija nie wiadomo kiedy, jest świetnie i twórczo. Są takie momenty, że wstaję i cieszę się, że będę grać, ale jak robię bilans, to jest tych momentów może 10%. Jestem może takim typem człowieka. Moją pasją jest samo życie. Wiele rzeczy mnie interesuje, czasem myślę, na przykład, jak by to było oddać się Bogu, zgłębić tę tajemnicę, albo być międzynarodowym sportowcem. Kiedy indziej też myślę mieć chatę w górach pisać abstrakcyjne opowiadania, a w przerwie biegać z psem albo nawalać w worek (śmiech).

Jakich masz Mistrzów?

Pytasz o mistrzów sztuki życia czy sztuki aktorskiej? (śmiech). Jeśli chodzi o nasze poletko, to mam dwóch: Janusz Gajosz i Krzysztof Stroiński. Ten pierwszy potrafi wcielić się w każdą rolę, a drugi z małych elementów fenomenalnie buduje całą postać. Uwielbiam ich. Jak czytam z nimi wywiady, to czuję też ich normalność, szczerość. Na zagranicznym poletku, na czele peletonu wysuwa się Al Pacino, który mocno związany jest z teatrem. Podoba mi się jego mądra interpretacja szekspirowskich tekstów. Jest zarówno aktorem filmowym i teatralnym. Cenię też Krzysztofa Majchrzaka. Każdy spektakl z nim był inny. Poza tym, ma w oczach coś takiego, że nie sposób mu nie wierzyć na scenie.

Przeważnie grasz role czarnych charakterów. Czy to Twoja działka?

Wiesz, te role przychodzą mi łatwo. Te złe emocje łatwo mi wyrazić. Potrafię wzbudzić na twarzy demona. I w życiu i przed kamerą. Kiedyś profesor powiedziała mi, że nieważne, jakim jesteś aktorem, ważne, jakim jesteś człowiekiem. I z tym aktorstwem trzeba uważać, bo czasem można zajść za daleko i się pogubić.

Można być dobrym aktorem bez warsztatu?

Filmowym aktorem można zostać bez szkoły, ale teatralnym raczej nie ma szans. Muszą Ci ustawić głos, żebyś była słyszalna, nad dykcją trzeba pracować. Ja mam dosyć słabą dykcję, ale jakoś mnie słychać (śmiech). Są oczywiście takie przypadki, że ktoś tak jest obdarzony hojnie przez naturę, że ma świetny głos, jest słyszalny, ma intuicyjny warsztat. Ale to są wyjątki. W teatrze potrzebna jest świadomość każdego gestu, gdzie masz stać, jak i po co. Reżyserzy filmowi nie bardzo lubią pracować z ludźmi zaraz po szkole, bo oni mają taką teatralną manierę, która w filmie nie zawsze się sprawdza.

Dlaczego jest takie parcie na kierunek aktorski?

Często są to osoby, które mają już jakieś pierwsze „doświadczenia” aktorskie, z teatrów amatorskich. To nie zawsze jest dobre. Ja dzięki domowi kultury poznałem pewne techniczne aspekty zawodu aktora, nie miałem też takiej tremy przed wejściem na scenę, ale tak naprawdę nie wiedziałem nic. Komisja często widzi w takich kandydatach kogoś „ukształtowanego”, u kogo trudno będzie wyplenić pewne zachowania. Dobrze jest przygotować się przed egzaminem z jakimś aktorem albo studentem szkoły teatralnej, który pomoże wybrać tekst, przeanalizować go, poćwiczyć. Najważniejsze też mieć odwagę bycia sobą. Pokaż im jaki jesteś, nie napinaj się za bardzo. To jest chyba najtrudniejsze, bo nieraz „starzy” aktorzy tego nie potrafią. Oprócz talentu i pracy potrzebne jest też szczęście.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała:
Marta Olbryś

Lubię to!