Wybierz zawód

The file ///wyszukiwarka/wybierz_zawod_left.php cannot be included!
It does not exist or is not readable.
Długi marsz śladami Witolda Glińskiego Drukuj Poleć znajomemu

Długi marsz śladami Witolda Glińskiego14 maja br. trzech młodych polskich podróżników – Tomasz Grzywaczewski (student prawa UŁ), Bartosz Malinowski (technik obsługi ruchu turystycznego) i Filip Drożdż (student Wydziału Operatorskiego PWSFTviT w Łodzi i Grafiki na ASP w Krakowie) rozpoczęło niezwykłą wędrówkę pod nazwą Long Walk Plus Expedition.

Jej trasa wiodła śladami polskiego żołnierza Witolda Glińskiego i jego towarzyszy, którzy w lutym 1942 roku uciekli z syberyjskiego łagru przez Mongolię, Tybet, Nepal. 11 miesięcy później, po 6500 km marszu, dotarli do Indii. Młodzi podróżnicy chcieli pokazać światu prawdziwego bohatera, który rzucił wyzwanie sowieckiemu imperium. Chcieli także złożyć hołd tym, którym nie było dane wrócić z sowieckiej niewoli do wolnej Polski. Oto relacja młodych podróżników.

Jesteśmy ludźmi, którym trudno przetrwać do pierwszego bez prawdziwych wyzwań. Zafascynowała nas niezwykła historia Witolda Glińskiego. Wszystko zaczęło się od opublikowanej w latach 50. książki Sławomira Rawicza Długi marsz, opisującej tak naprawdę ucieczkę Glińskiego. Prawdę o tekście odkryli po latach dziennikarze brytyjskiego wydania Reader's Digest. Peter Weir nakręcił film The Way Back, oparty na motywach Długiego marszu. Nie mogliśmy dopuścić, by podobnie jak stało się to z filmem, ktoś odebrał nam temat wędrówki nie mającej sobie równych! W tej opowieści, do której dziś dopisujemy nowy rozdział, zależy nam przede wszystkim na podkreśleniu hartu ducha i nieposkromionego pragnienia wolności.

Syberyjska egzotyka

Jest druga połowa sierpnia i nasza wyprawa osiągnęła półmetek. Wkrótce dotrzemy do Pustyni Gobi. Mamy za sobą etap wodno-pieszy i konny. W Rosji spędziliśmy w sumie 75 dni. Początek nie był właściwie trudny. Spotkanie z twardą syberyjską egzotyką ułatwiło nam serdeczne przyjęcie Polonii w Jakucku. Ogromna życzliwość i gościnność miejscowej ludności – Rosjan, Jakutów, Ewenków i Buriatów, których spotykaliśmy w następnych tygodniach, tylko umocniła to doświadczenie. Mile zaskoczył nas szacunek, jakim cieszą się na Syberii Polacy. Przyczynili się do tego przede wszystkim polscy badacze i odkrywcy wielu syberyjskich tajemnic.

Chcemy zaznaczyć, że ta życzliwość sięga nawet najwyższych szczebli lokalnej władzy. Od władz Republiki Sacha dostaliśmy nawet specjalne pismo, w którym obywatele republiki są proszeni, aby udzielili nam wszelkiej możliwej pomocy. Rzeczywiście, pismo kilkakrotnie bardzo ułatwiło nam życie.

Rosja to kraj wielkich kontrastów. Widać je wszędzie. Jakuck jest dość zamożnym miastem, które wzbogaciło się dzięki wydobyciu złota i diamentów. Ale idąc jego ulicami brodzimy po kostki w błocie, a między nowoczesnymi budynkami stoi pomnik Lenina i niedawno odsłonięty pomnik Stalina. Olekmińsk, to z kolei dość biedna miejscowość, choć i tu wydobywano kiedyś złoto. Dla nas przystanek w Olekmińsku był bardzo ważny ze względu na znajdujące się w jego okolicy pozostałości po łagrach. Ku naszemu zaskoczeniu, z dokumentów, jakie tu odnaleźliśmy, wynika, że z łagrów uciekano dosyć często. Ale ilu uciekinierom udało się przejść 6500 kilometrów?

Na każdym praktycznie kroku napotykamy ślady Witolda Glińskiego. Okazuje się, że wielu ludzi słyszało o jego ucieczce, niektórzy wyruszali nawet na podobną wyprawę, a książka Długi marsz została przetłumaczona z angielskiego i opublikowana w czasopiśmie Polacy w Buriacji. Zwykle jednak jedną rzecz musimy dopowiedzieć: przywódcą grupy uciekinierów nie był Sławomir Rawicz lecz Witold Gliński.

Długi marsz śladami Witolda Glińskiego

Przyroda stawia nam ogromne wymagania

Niejednokrotnie udawało się nam pokonać ledwie 10 km dziennie. Na licznych odcinkach godzinami brodziliśmy po kolana w błocie. Niezły wycisk dały nam Góry Barguzińskie. Trzy tygodnie przedzieraliśmy się przez kłębowisko, chaszczy, poprzewracane drzewa, bagna i rwące rzeki. Nie dawały nam spokoju końskie muchy, komary i kleszcze.

Przed wyprawą te górskie bezdroża budziły nasz największy niepokój. Łatwiej tu spotkać niedźwiedzia brunatnego niż człowieka i inaczej niż w czasach ucieczki Witolda Glińskiego to niedźwiedzie są bardziej niebezpieczne. Podobno nie wychodzi się w tajgę bez broni. Na terenie Rosji mamy jednak status gości i turystów, nie ma więc mowy o posiadaniu broni.

Dziś, po koszmarnym przejściu przez góry, sięgające wysokością 2800 m n. p. m., pozbawione jakichkolwiek dróg i ścieżek, możemy powiedzieć, że decyzja o rezygnacji z broni, którą w końcu mogliśmy kupić na czarno, była słuszna. Niedźwiedzie ślady odnajdywaliśmy na każdym kroku, ale tych groźnych zwierząt na szczęście nie spotkaliśmy.

Prawdziwym zagrożeniem okazały się rzeki. Musieliśmy przekroczyć ich około 30. Może to zrozumieć chyba tylko ten, kto choć raz wszedł w lodowaty nurt, wchodząc w starcie z tonami pędzącej, czasem spienionej, pełnej wirów wody. Oczywiście próba przeprawienia się przez taką rzekę bez asekuracji byłaby szaleństwem. Nawet z asekuracją nie jest to zabawa. Los nam sprzyjał i wyszliśmy z tej próby zwycięsko.

Rowerem przez Mongolię

Granicę rosyjsko-mongolską pokonaliśmy w miejscowości Kiachta. Można ją przekroczyć wyłącznie pojazdem i tylko w określonych godzinach. Etap konny był jednak krótszy niż planowaliśmy. Piekielnie surowa zima zdziesiątkowała mongolskie stada. Musieliśmy więc pożegnać się z wierzchowcami i w pobliżu Pustyni Gobi przesiąść się na rowery.

W połowie wyprawy spotkało nas jeszcze jedno smutne rozstanie: przez ponad trzy miesiące spędzaliśmy wieczory przy ognisku. Mogliśmy się ogrzać, wysuszyć mokre ubranie, obgadać następny dzień. Niestety w Mongolii, na stepie, drewno w ilości wystarczającej do rozpalenia ogniska jest niedostępne.

Długi marsz śladami Witolda Glińskiego

150 dni w drodze

Z Mongolii trasa prowadziła do Chin, a następnie przez Tybet i Nepal do Kalkuty.
Po pokonaniu północnej części Płaskowyżu Tybetańskiego dotarliśmy do stolicy Tybetu, Lhasy. Był to zdecydowanie najtrudniejszy etap naszej wędrówki, głównie z powodu porywistego wiatru i tym samym dużego wysiłku na wysokościach przekraczających często 5000 n. p. m. Dopiero w Lhasie mogliśmy się zregenerować. Odpoczywaliśmy przez trzy dni.

Witold Gliński nie miał takiej możliwości, a przedarcie się przez Tybet to potworny wysiłek. Jesteśmy prawie pewni, że podróżował podobną trasą do naszej. Ten etap był szczególnie trudny z uwagi na warunki atmosferyczne. W nocy temperatura bardzo często spada poniżej zera, ale w ciągu dnia też jest zimno. Trudno nam sobie wyobrazić, jaki to musiał być wysiłek dla grupy, która pokonała pieszo również Syberię i Gobi.

Jesteśmy już 150 dni w drodze. Od początku wyprawy minęło już 5 miesięcy. Na rowerach przejechaliśmy już 4000 kilometrów, a łącznie wg naszych obliczeń 7000 kilometrów, a więc więcej, niż zakładaliśmy w planach podróży. Na zjazdach temperatura często spada poniżej 0, więc nadal jest niełatwo. Jesteśmy obecnie na wysokości 4000 metrów n.p.m., ale niebawem znajdziemy się 3000 metrów niżej. To spora różnica! Czyste górskie powietrze zastąpią tropiki, czeka nas więc ponowna aklimatyzacja.

Nasza trasa różni się od książkowej. Uciekinierzy przekraczają tam granicę między Chinami a Indiami. My musimy przejść przez Nepal. Myślimy jednak, że sam Gliński szedł naszą trasą albo podobną do naszej. Dla nas przejście do Indii prosto z Chin jest tak czy owak niemożliwe, bo stosunki między nimi są napięte, a przejście jest zamknięte.

Friendship Highway

W drodze do Nepalu przeprawiliśmy się przez dwie przełęcze. Do granicy zostało nam kilkadziesiąt kilometrów, od Katmandu dzielą nas dwa dni podróży trasą „Friendship Highway”. Wiedzie ona do Katmandu przez podnóża Himalajów. Musieliśmy na niej pokonać kilka przełęczy, czyli wielokrotnie podjeżdżać duże kawałki pod górę. Cały czas towarzyszy nam też ostry wiatr.
Dla Witolda Glińskiego i jego towarzyszy to też musiał być trudny odcinek. Szczególnie to podchodzenie pod górę. Z drugiej strony widzimy, jak bardzo Rawicz mijał się z rzeczywistością w swojej książce. Najwyraźniej widać to w opisach wąskich ścieżek w wysokich partiach gór oraz wspinaczek alpinistycznych.

Fakty są takie, że tu chodzi się głównie przełęczami. Te drogi nie zmieniły się od wieków, więc na pewno za czasów Glińskiego też tak było. Trasa nie wymaga wyczynów alpinistycznych, aczkolwiek przy niskiej temperaturze i opadach śniegu jest bardzo trudna, a w takich właśnie warunkach szedł tędy Gliński.

W każdym razie kolejny tydzień naszej wyprawy potwierdza, że nie ma tu potrzeby sięgać po liny i czekan. Jesteśmy przekonani, że trasa ucieczki musiała prowadzić przez Nepal, a nie bezpośrednio z Chin do Indii, jak napisał Rawicz. To bardziej prawdopodobne choćby z tego powodu, że o wiele łatwiej jest przełęczami trafić na Nepal. Gliński zresztą wspomina Gurków, czyli żołnierzy najemnych pochodzących z Nepalu.

Po 8 miesiacach i pokonaniu ponad 7 tys. kilometrów dotarliśmy do Indii, tak jak Witold Gliński i jego koledzy.

Tekst i zdjęcia
Tomasz Grzywaczewski, Bartosz Malinowski i Filip Drożdż