Wybierz zawód

The file ///wyszukiwarka/wybierz_zawod_left.php cannot be included!
It does not exist or is not readable.
Ucho na obraz Drukuj Poleć znajomemu

Ucho na obrazRozmowa z Robertem Glińskim – rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi.

Jaka jest „łódzka filmówka”? Pytam z myślą o tych maturzystach, którzy w przyszłym roku będą próbowali się do niej dostać...

Nie boję się powiedzieć, że łódzka szkoła filmowa jest jedną z najlepszych w Europie, a nawet na świecie. Dlatego, że bardzo dobrze uczy szeroko rozumianego warsztatu filmowego. Szkoła przygotowuje nie tylko do zawodów stricte filmowych, jak na przykład reżyseria czy aktorstwo, ale także edukuje w obszarach pokrewnych, jak: montaż, organizacja produkcji filmowej, fotografia. Prowadzimy edukację artystyczną w dwóch płaszczyznach. Pierwsza to tradycyjny warsztat, gdzie studenci robią ćwiczenia na kamerze 35 mm., na negatywie. Jest to dosyć rzadki sposób pracy i niestety dość kosztowny. Wiele uczelni na świecie zerwało z tym tradycyjnym kształceniem. My nie.
Druga płaszczyzna dotyczy nowych mediów, podążamy za tymi technologicznymi  trendami, które oferuje w tej chwili rynek. Budujemy teraz nowy budynek, gdzie będzie odbywało się kształcenie w nowych technikach cyfrowych. Krótko mówiąc, koncepcja naszej edukacji oparta jest z jednej strony na tradycyjnym myśleniu o sztuce filmowej, a z drugiej na duchu współczesności.

Czy ten tradycyjny warsztat jest konieczny, żeby pójść dalej?

Jak najbardziej. Dzisiaj każdy może chwycić za komórkę czy małą kamerkę i nakręcić film. Tylko co z tego? Okaże się, że taki film nie ma ani struktury, ani dramaturgii, ani konfliktu, nie opowiada sensownej historii. Twórca może myśleć, że zawarł cały „wszechświat” w swoim dziele, ale nikt oprócz niego nie wie, o co tak naprawdę w tym chodzi. Po prostu zabrakło autorowi umiejętności przekazania myśli przez obraz czy opowiedzenia historii. Tego wszystkiego można się nauczyć. I od tego jest szkoła filmowa.

Weźmy przykładowego kandydata do Waszej szkoły. Jakie cechy powinien posiadać?

Jakiś talent na pewno. Pytanie - jaki talent i jak go rozpoznać? Do naszej szkoły mamy bardzo długie i trudne egzaminy. Staramy się dostrzec to „coś”  w kandydacie. Rodzaj egzaminu zależy od wydziału.

A jak wyławiacie perły na elitarny wydział reżyserii?

Na wydziale reżyserii liczy się przede wszystkim tak zwane „ucho na obraz i narrację”. Chodzi o zbadanie, czy kandydat ma zdolność przełożenia swoich myśli na ekran, czy ma umiejętność opowiedzenia jakiejś historii. Nawet nie obrazem, ale słowami albo fotografią. Liczy się tu „zdolność narracyjna” kandydata. Sprawdzamy to na różne sposoby, bo czasem zdarzają się kandydaci, którzy potrafią ciekawie opowiedzieć historię za pomocą fotografii czy kamery, a nie bardzo im to idzie werbalnie. Ale bywa też odwrotnie. Co do osobowości, to też są bardzo różni, niektórzy są silnymi osobowościami, a niektórzy są skromni i wycofani. My na tę osobowość wnikliwie patrzymy. Są wariaci, którzy robią bardzo dynamiczne rzeczy i są tacy, którzy gdzieś  w kąciku swoje „dłubią”. Jedną z  cech charakteru, którą bardzo trudno sprawdzić, jest odporność na odmowę, na przeszkody, na to, że świat nas odrzuca. W  tym zawodzie trzeba mieć grubą skórę, nie można się poddać po pierwszych niepowodzeniach. A takie na pewno będą.

Jak tą dwoistość: wrażliwość artystyczną i grubą skórę połączyć ze sobą?

Trzeba się otrząsnąć i iść dalej, jak się nie uda. Czasem film źle przyjęty, po roku, gdzieś na zagranicznym festiwalu dostaje nagrody. I nagle wszyscy zaczynają go doceniać, pisać pozytywnie. I mamy dzieło. Na przykład Nikifor – Krzysztofa Krauze, który najpierw został skopany przez naszą krytykę, później doceniony. Albo filmy Krzysztofa Kieślowskiego. Odrzucone, a potem chwalone. Szkoła jest trochę taką ochronką. Dlatego staram się im uzmysławiać, że prawdziwe życie jest  bardziej brutalne.

Ze szkoły wychodzi 200 filmów rocznie. To jakiś ogrom.

Gdyby te wszystkie filmy złożyć razem, to powstałoby 15 filmów fabularnych, pełnometrażowych. Mamy bardzo duży przerób. Są to różne filmy - lepsze i gorsze. Często są ćwiczeniami, które mają prawo być niedobre. Czasem zdarzają się wspaniałe filmy, które są nagradzane i w Polsce i za granicą. Często w Krakowie na Festiwalu Filmów Krótkich dostajemy nagrody i pokonujemy kinematografię dorosłych. Jeździmy też po całym świecie – w tym roku Cannes, Sundance, San Sebastian. Promujemy studentów także na naszych festiwalach, jak Łodzią po Wiśle. Teraz zrobiliśmy też festiwal Łodzią po Sekwanie. W Paryżu przyszły takie tłumy, że otwarcie musieliśmy powtarzać, bo nie wszyscy się zmieścili. 

Czy rektor- Gliński zaniedbał reżysera- Glińskiego?

Trochę tak. Bycie rektorem jest absorbujące i pochłania dużo czasu. Ale niedługo się to skończy, bo koniec kadencji już blisko. I już nie będę rektorem. Na pewno chcę dalej uczyć, bo to jest wspaniałe doświadczenie. Sądzę, że daję coś moim studentom, a i oni dają mi niemało. W tej chwili zacząłem pracować nad nowym filmowym projektem, ale czasu mi nie starcza. Ten kocioł urzędniczy, w którym się znalazłem, to jest mój ukłon dla tej szkoły, w której sam się uczyłem, której wiele zawdzięczam. Tu poznałem fantastycznych profesorów.  Jest to w pewnym sensie spłata długu. We wszystkich uczelniach artystycznych ważna jest relacja Mistrz-Uczeń, wręcz podstawowa. Jak miałem zajęcia z Wojciechem Hasem, traktowałem to jako coś normalnego. Po latach zobaczyłem, ile od niego dostałem. Chociażby to, że wpoił w nas niesamowitą rzetelność w przygotowaniu się do zdjęć. Dziś tego nie ma. Z Mistrzem można się nie zgadzać, można go odrzucić albo naśladować, ale ON jest niezbędny.

Dlaczego tak trudno jest młodym reżyserom przebić ten mur w dążeniu do celu. Na przykład Anna Kazejak, wasza studentka, powiedziała, że ona już dawno zadebiutowała, a prasa właściwie dopiero teraz pisze o jej debiucie Skrzydlate świnie z Pawłem Małaszyńskim. Jak to jest?

W Polsce niestety jest taki syndrom, że się ciągle debiutuje. Ania już dawno była rozpoznawalna w środowisku filmowym. To moja studentka, która u mnie kręciła dyplom. Ten film był bardzo dobry, jeździł po festiwalach, zdobywał nagrody. To niezwykle zdolna reżyserka. Najtrudniejsze jednak przed nią, ponieważ drugim czy trzecim filmem potwierdzi dopiero swoją klasę. A nie jest łatwo realizować u nas filmy. Oprócz męki własnej autora, jest kwestia szukania pieniędzy, producentów itd. Ona już nie jest debiutantką, tylko reżyserem jednym z wielu, który zaistniał. To trudniejsza sytuacja. Nie można się rozklapciać, trzeba walczyć.

Nad jakim projektem Pan Rektor pracuje?

Nie mogę zdradzić, bo nie wiem, co z tego wyjdzie. Może nic. Myślę o kinie społecznym, ale pociągają mnie też historyczne tematy, zwłaszcza z punktu widzenia bohatera, który staje wobec bardzo trudnych wyborów. Jak w greckiej tragedii. Zdaję sobie jednak sprawę, że zrobienie takiego filmu to są duże pieniądze. Więc chyba zostanę jednak przy współczesności.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała:
MARTA OLBRYŚ

Lubię to!